Trollhunters/Łowcy trolli (odcinki 1-13)


Netflix wypuszcza ostatnio tyle animacji, że nie wyrabiam z ich oglądaniem. Dlatego dziś tylko pierwsza połowa sezonu, która zresztą tworzy zamknięty arc - jak wygodnie.
To jest Guillermo del Toro. Ja znam go jako gościa od Księgi Życia (tylko czekajcie na premierę pixerowskiego Coco, wtedy się o tym rozpiszę). Cała reszta świata, jako człowieka od Pacific Rim, który pisał scenariusze do ekranizacji Hobbita i całej masy innych rzeczy,  W dodatku napisał książkę dla dzieci, której adaptacją jest właśnie serial animowany Trollhunters. Utalentowana z niego bestia.
A to jej brytyjska okładka.
Zarys fabuły jest tak banalny, że zęby bolą. Jim Lake to młody chłopak o złotym sercu, spragniony przygody. Pewnego dnia znajduje tajemniczy przedmiot (tutaj amulet), który najwyraźniej wybrał go na Łowcę Trolli. I to pierwszego Łowcę-człowieka. Bo widzicie - trolle istnieją naprawdę i to tuż pod naszymi nosami. Początkowo nie są zadowolone ze swojego nowego obrońcy, ale na horyzoncie pojawia się widmo powrotu Wielkiego Złego, więc nie czas wybrzydzać. Więc Jim trenuje dzielnie, próbuje pogodzić swoje nowe życie z codziennością i niemalże potyka się o magiczne stworzenia, które zasiedlają jego miasteczko, a których nikt inny nie widzi. O, ma też niezdarnego, pulchnego przyjaciela, który bardzo entuzjastycznie podchodzi do nowej roli Jima i którego nazwisko kończy się na -ski. I opuścił go ojciec. I dręczy go jakiś mięśniak w szkole.
Dajcie mi minutę, wymienię z 5 kreskówek z taką fabułą minus trolle.
Z takim startem musisz mieć w zanadrzu dobrych bohaterów, ciekawą historię albo chociaż dobrą animację.

Z bohaterami jest różnie. Mamy tu przegląd całkiem oklepanych postaci. Poza wspomnianymi wyżej występują wśród nich też: Ładna dziewczyna (Claire) o duszy artystki. Troskliwa, ale zapracowana mama. Potężny troll o pacyfistycznym usposobieniu. Mentor, który z czasem urasta do roli zastęcznego ojca. Przebiegły i niebezpieczny czarny charakter, który zachowuje się uprzejmie i z klasą. Czasami zdarza się niewielki twist, na przykład główny bohater świetnie gotuje. Nadal, widziałam już te postacie dziesiątki razy. Szczęśliwie, zadbano by relacje między nimi były przynajmniej wiarygodne, a wszystkich dało się lubić - szczególnie bałam się w przypadku Toby, najlepszego przyjaciela Jima. Jego typ postaci często wypada irytująco, a w lepszych przypadkach wydaje się on w fabule zwyczajnie zbędny. Tutaj... nie jest idealnie, ale do przeżycia. Czołówka sugeruje też, że druga połowa sezonu może rozwinąć więcej Claire i, mam nadzieję, pozwoli jej rozkwitnąć.
Zobaczyłam tę minę i już wiedziałam, że Strickler będzie moim ulubionym bohaterem.
Fabuła jest dosyć standardowa - musimy powstrzymać złoli zanim z powrotem sprowadzą na świat większego złola. Na szczęście jest poprowadzona całkiem zgrabnie i ma w zanadrzu kilka ciekawych urozmaiceń. Jedno z nich to bardzo niepokojące narażanie życia niemowlaków. Inne to przedstawienie teatralne, w którym występuje Jim jak i ładna koleżanka. Mamy więc różnorodną intensywność tych wątków, ale większość ładnie się zazębia i nie wyskakuje na nas znienacka. Po raz kolejny pojawia się przewaga Netflixa, o której mówili już twórcy Voltron Legendary Defender - ponieważ odcinki są udostępniane na platformie internetowej, można sobie pozwolić na większą ciągłość fabularną. Kiedy omyłkowo pominęłam jeden odcinek to natychmiast to odczułam, co nie zawsze jest zasadą dla podobnych seriali.
Niestety sporą wadą jest waga konsekwencji w serialu. Początkowo cieszyłam się widząc, że bohaterowie rzeczywiście wpadają w niezłe kłopoty, muszą mierzyć się w ciężarem swoich decyzji. Jednym z moich największych zarzutów przeciwko Randy Cunningham 9th Grade Ninja było to, jak niewiele wad zdawało się mieć życie superbohatera. I przy Trollhunters poczułam ulgę... na pięć minut. Owszem, włamania i rozboje nie uchodzą bohaterom płazem, ale po kilku minutach następnego odcinka się o tym zapomina, najwyżej wspomina później. Najbardziej boli mnie to w wypadku Claire, która wybaczyła Jimowi zdecydowanie więcej niż nakazywałby rozsądek.

Animacja jest w 3D i to jest dobre 3D. Nic dziwnego, bo Dreamworks. Projekty postaci są nominowane do Annie i widzę dlaczego - mamy różne magiczne stworzenia i są one wystarczająco zróżnicowane, ale też na tyle charakterystyczne by od razu móc je rozpoznać. Dobrze wypadają sceny walki, ale cieszę się, że mniej ekscytujące sekwencje też wykonano starannie. W dodatku, miasta w kreskówce tętnią życiem! Często zdarza się, że w animacjach 3D lokalizacje są opustoszałe: Miraculous Ladybug, Teenage Mutant Ninja Turtles (2012), żeby nie być gołosłownym. Szczególnie dobrze wypada Rynek Trolli, wypełniony kolorowymi postaciami o całkiem przyzwoitym designie.
I przepięknych kolorach.
Netflix był na tyle miły by wypuścić serial z polskim dubbingiem. Ostatnio bywa z nimi różnie w tej kwestii, więc tym bardziej to doceniam. I jest... dobry. Nic mnie w nim nie zachwyciło, ale jeśli wolicie oglądać po polsku to nie powinniście niczego stracić. Najwyżej Antonego Yelchina obsadzonego w roli głównego bohatera, dla którego była to jedna z ostatnich ról.

Przede mną kolejne 13 odcinków, nie wiem czy jeszcze coś w nich zmieni moje zdanie o kreskówce. Nie jest to pozycja obowiązkowa ani coś co zmieni moje życie. Jeżeli jesteście zaznajomieni z formatem to możecie sobie bez żalu odpuścić Łowców trolli. Ale jak na schemat "zwykły nastolatek dostaje moce" sprawdza się lepiej niż przyzwoicie.


Swoją drogą, pamiętacie Łowców smoków? To też był przyjemny serial i miał sporo kreatywnych pomysłów.
Share on Google Plus

0 komentarze:

Publikowanie komentarza