Ocena dubbingu - Steven Universe

Zapomniana seria powraca, aby poddać analizie dubbing jednej z najważniejszych produkcji ostatnich lat. Lubicie Stevena czy nie, kreskówka sporo namieszała w branży i za dekadę będzie tym kultowym klasykiem, który wprowadził nowe trendy i ustanowił standard na następne lata. Albo i nie.
Ale czy będziemy mogli usadzić przyszłe pokolenie przed telewizorami i bez wstydu przedstawić im polską wersję językową tego serialu? Dobre pytanie. Spróbujmy sobie na nie odpowiedzieć.


Przede wszystkim, należy zacząć od tego, że SU był dubbingowany przez 2 różne studia - Studio Sonica przez pierwsze 42 odcinków (do odcinka "Prognoza Pogody"), a następnie przez SDI Media (jak wszystko inne). Nie była to jakaś drastyczna zmiana, jednak jest kilka ważnych różnic, które chciałabym podkreślić. Najważniejsza jest taka, że SDI Media nie lubi się dzielić tyloma informacjami, przez co niektóre nazwiska pozostają niepotwierdzone. Zostaliście ostrzeżeni.
Poza tym, serial się jeszcze nie skończył, więc moja opinia obejmuje pierwsze 3 sezony do odcinka "W bańce".

Tłumaczenie
Tłumaczenie przeszło największą zmianę przy wymianie studia dubbingowego. Nawet jeśli Sonica nie trzymało się dosłownego przekładu to wiedziało, gdzie należy postawić granicę między kreatywnością i zabawą słowami, a wiernością oryginałowi. I stąd takie świetne nazwy jak Macierzysta Planeta (Homeworld) (bo skała macierzysta, get it?) czy Zakrzywiona Galaktyka (Galaxy Warp) (ktoś nadrobił pracę domową z fizyki). Jednak piosenki szły Sonice już gorzej, a wiadomo, że to bardzo ważny aspekt tego serialu - i tu na scenę wchodzi SDI Media. Tamtejsi tłumacze postanowili uprościć kilka nazw, co wyszło zazwyczaj na dobre. Drużyna Klejnotów, czyli nazwa, która miała sens tylko przez pierwszej kilkanaście odcinków, stała się Kryształowymi Klejnotami (albo Kryształami w dwóch odcinkach, widocznie to zależy od tłumacza). Jednak SDI zdecydowała się na coś, czego wybaczyć nie mogę - na zmienienie poprzednich tłumaczeń, może nieidealnych, ale jednak, na angielskie słowa. Przy każdym Homeworld - wypowiadanym zwykle pokracznie, jak bywa przy wtrącaniu słów z kompletnie innego języka - coś mnie skręca.
Trudno jest oddzielić nazwy, których tłumaczyć się nie powinno, od takich, które powinny zostać przełożone. Ma to na przykład sens przy Empire City albo Keystone - nazwach własnych niewielkich miejsc. W przypadku całego kosmicznego imperium...
Którego nazwa powraca wielokrotnie...
I którego nazwa została już widzom przedstawiona...



Wyobraźcie sobie, że używacie nazwy The United States zamiast Stany Zjednoczone. Odważę się powiedzieć, że lepiej byłoby postawić na mniej dosłowną nazwę, ale jednak po polsku.
O ile wpadki się zdarzają, jak zawsze, i wiele żartów słownych gdzieś zanika, tłumaczenie jest solidne od początku do końca. Tłumacze nie próbują przeforsować slangu (jak przy, przykładowo, Wodogrzmotach Małych) ani własnych żarcików. No, może poza jednym małym wyjątkiem w postaci Mięsnego Jeża.

Technikalia
Steven Universe nie posiada zbyt wielu momentów w których pojawiający się na ekranie tekst jest ważny dla fabuły. Dlatego pomijanie lektora, który czytałby pojawiające się napisy, nie szkodzi odcinkom znacznie. Jedynym wyjątkiem jest odcinek "Nadchodzi przypływ, niebo spadnie na ziemię", gdzie szeptanie zagłuszające wypowiedzi bohaterów jest jednym z najgorszych jakie kiedykolwiek widziałam. Poważnie, już lepiej gdyby te cudowne i zabawne podpisy nie były tłumaczone w ogóle.

Obsada
Przez kilka pierwszych odcinków Stevena gra Maciej Falana i jest to trochę zbyt mało, aby wydać sprawiedliwy osąd. Po tych pierwszych 13 odcinkach rolę przejmuje Jan Rotowski. Skłamałabym mówiąc, że wolę go bardziej niż Zacha Callisona, oryginalnego Stevena. Zwłaszcza, że Jankowi niekoniecznie wychodzi śpiewanie. Nadrabia to jednak zaangażowaniem. Jego Stevena jest odpowiednio dziecinnie-entuzjastyczny, ale bez przekraczania tej cienkiej linii, która dzieliłaby Stevena od bycia denerwującym. A tak pocieszna osoba jak Steven śpiewałaby nawet wtedy, gdyby niezbyt jej to wychodziło.

Reszta Kryształowych Klejnotów jest grana przez weteranki dubbingu. Trio Łaska-Kudelska-Turowska to dream team i najlepsze z najlepszych - pasuje idealnie do Klejnotów, prawda? Mogłabym pomarudzić, że te panie słychać w każdym innym serialu, ale - nie oszukujmy się - to dotyczy całej sceny dubbingowej i generalnie jest to temat na osobną notkę. I nie mogę mieć żadnych zastrzeżeń do ról Katarzyny Łaski jako Perły i Turowskiej jako Ametyst - ich głosy pasują świetnie do osobowości bohaterek, odgrywają je bezbłędnie. Miałam natomiast pewne wątpliwości co do Agnieszki Kudelskiej, głównie dlatego, że głos Estelle (oryginalnej Granat) jest bardzo charakterystyczny - niski i z silnym akcentem. Początkowo grała też Granat bardzo wolno, bez emocji (nawet bardziej bez emocji niż Granat ma w zwyczaju). Jednak ten rozstrzał jest nadrabiany przez, znowu, pełen profesjonalizm i dobrą grę. W dodatku, w przypadku całego trio wyraźnie słychać, że panie z czasem coraz bardziej wczuwają się w swoją rolę. W miarę jak, razem z widzami, dowiadują się więcej o swoich postaciach, poziom gry aktorskiej rośnie. W przypadku Granat jest to szczególnie widoczne.



Andrzej Chudy jako Greg jest bezbłędny. Po prostu. Trudno mi pisać więcej. Bardzo lubię tego aktora, więc trudno mi zachować obiektywizm. Podobnie jak w przypadku powyższych aktorek, występował on już w wielu rolach i często go słychać. Jednak akurat w tę rolę wpasował się wyjątkowo dobrze. I pięknie śpiewa. To ważne przy Gregu.



Ciekawa rzecz z Lapis - przez swoje pierwsze dwa odcinki mówiła głosem Julii Kołakowskiej. Głosem, moim skromnym, idealnie dobranym. A potem przyszło SDI Media i zastąpiło ją Justyną Kowalską. Która nie jest w tej roli zła, po prostu nie aż tak dobra. Plus, pozostaje pewien niesmak związany ze zmianą aktorki. I to dotyczy wielu postaci w tym serialu. Role są rzucane innym osobom dosyć losowo. I tak Rose była grała przez Lidię Sadową, a zastąpiono ją... kimś, kogo nazwisko nie zostało ujawnione przez SDI Media. Zmieniły się też głosy całej masy mieszkańców Beach City: Kiki, Burmistrza, Jamiego, Sadie... Sam Ronaldo miał dotąd trzy różne głosy (ostatecznie stanęło na Bartoszu Martynie). Zdaję sobie sprawę, że to kwestia gustu i nie mogę powiedzieć, żeby zastępstwa źle sobie radziły, ale wszystko rozbija się o kwestie castingu. A ten odpowiadał mi bardziej w przypadku studia Sonica. Nic osobistego.

Jaspis gra Anna Ułas i mam do powiedzenia tylko "perfekcja".

Natomiast jest casting, który został przeprowadzony bezbłędnie. Mówię oczywiście o Rubin i Szafir, granych przez Magdalenę Pawelec i Ewę Lachowicz. Podoba mi się, że głos Rubin nie jest oczywiście damski, wierzcie lub nie. Sama aktorka miała niezwykle trudne zadanie przez odcinkach jak "Rozkaz Diamentu" (odgrywanie kilku różnych Rubinów na raz) i jestem pełna podziwu, bo wyszło jej perfekcyjnie. Natomiast głos Szafir jest po prostu przyjemny dla ucha - spokojny i łagodny. Obie panie miały trudne zadanie, musiały wypracować pomiędzy sobą wiarygodną chemię, a wszyscy wiemy, że nagrania zazwyczaj odbywają się pojedynczo. Spieszę donieść, że tutaj się udało i dialogów tej dwójki słucha się bez cienia wątpliwości, że nie chodzi o "gadanie" (jak nieudolnie przetłumaczono "flirting" z odcinku "Rozkaz Diamentu").



Jednak wiem na co wszyscy czekacie. Fani zawsze mają wiele do powiedzenia jeśli chodzi o tę rolę. Perydot jest w polskim dubbingu grana przez Bożena Furczyk, która brzmi bardzo różnie od Shelby Rabary. I ja to biorę jako zaletę. Dzięki temu jest ciekawiej. Co do gry aktorskiej... trochę trudno mi winić samą aktorkę. Perydot to dosyć tajemnicza postać i zmieniała się dynamicznie przez cały drugi sezon. A ponieważ studia dubbingowe nie dostają specjalnych, supertajnych spoilerów, które podpowiadałyby jak dobierać i grać dane role, pani Furczyk musiała szybko dostosowywać swoją interpretację Perydot do sytuacji. I tak zawędrowaliśmy od Perydot "pani urzędniczki w średnim wieku" do Perydot "szalona, skrzecząca sześciolatka po pięciu czekoladach". O ile pierwsza interpretacja bardzo mi się podobała i pasowała do tego obrazu Perydot jaki wtedy mieliśmy, do tego kim Perydot wtedy była w naszych oczach, to ta nowa Perydot... zgadzam się, to jest złe. Nawet nie to, że głos Pery brzmi zupełnie inaczej, ale gra aktorska jest potwornie przeszarżowana. Do momentu w którym to przestaje być zabawnie dziwaczne, a staje się irytujące. Odnoszę wrażenie, że nikt w studiu nie wie co zrobić z tą postacią, a pani Bożena nie dostaje od reżyserii jasnych wskazówek.

Kontrowersyjna opinia - Perydot skończyła się po przejściu na jasną stronę mocy.

Muszę jeszcze poruszyć kwestię fuzji. W polskiej wersji większość fuzji zdaje się dziedziczyć głos po jednej ze swoich komponentek... wróć, dziedziczyć głos po Turowskiej/Ametyst. To świetna aktorka, ale fakt, że KAŻDA fuzja, w której skład wchodzi Ametyst ma ten sam głos trochę psuje czym fuzja jest. Oddzielną istotą, owszem, złożoną z połączonych osobowości tworzących ją klejnotów, ale nadal samodzielną jednostką. Przez długi czas wydawało się, że tylko Ametyst jest przeklęta tą klątwą. Aż do Stevonnie w "Wyścig w Beach City", która przemówiła głosem Connie. Bardzo lubię Dorotę Furtak w roli przyjaciółki Stevena, ale popsuło to dobrą passę SDI Media, które wcześniej idealnie dobrało głos do nowej fuzji, Sardonyks.
Wiedzieliście, że wcześniej Stevonnie głos podkładała ta sama aktorka co Rose Kwarc? Czy widzicie ten piękny symbolizm?!

Podsumowując, nie jest tak źle. Więcej, z każdym odcinkiem jest coraz lepiej. Oba studia dubbingowe popełniły kilka głupich błędów, ale generalnie utrzymują poziom tłumaczenia na dobrym poziomie. Największym problemem Stevena jest brak konsekwencji - zarówno w nazewnictwie jak i doborze aktorów. Te rzeczy powinny się z czasem poprawiać, więc z nadzieją patrzę na sezon czwarty. Podśpiewując "It's Over Isn't It?" - po polsku, w wykonaniu Katarzyny Łaski.
Share on Google Plus
    Blogger Comment
    Facebook Comment

8 komentarze:

  1. Polski dubbing w SU jest naprawdę dobry, choć nie aż tak dobry jak w oryginale. Katarzyna Łaska jako Perła jest fantastyczna, podobnie jak Anna Ułas jako Jaspis, Lapis też jest spoko (choć czasem brzmi jakby się miała zaraz rozpłakać). Natomiast Perydot....ech....czasami nie brzmi tak źle, ale są momenty, kiedy uszy aż krwawią od jej kwestii. Nie jest niestety żadnym zastępstwem dla Shelby Rabary, która jest w tej roli po prostu genialna.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O tak, Shelby jest cudowna. I cieszę się, że jednak nie wszyscy narzekają na polską wersję. :v

      Usuń
  2. Droga Trikster, polecę Ci takie jedno anime (nie wiem czy można to tak nazwać) pt. "Beyblade: Metal Masters". Ma to jeszcze parę innych sezonów, ale ten właśnie uważam za najlepszy.

    A co do dubbingu, w niewielu kwestiach się z tobą zgadzam (i przez to lubię czytać twojego bloga). Według mnie Bożena ma dopasowany głos i Justyna także. A za to Chudy nie pasuje do postaci Grega. Jakoś bardziej wolę dubbing SDI Media. Oczywiście to moje zdanie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki za polecajkę. Kompletnie nie znam tego serialu, ale hej - czemu nie, tak będzie ciekawiej.
      I właśnie ta różnica zdań jest dla mnie najciekawsza. Dziękuję bardzo za wyrażenie opinii.

      Usuń
  3. Ten komentarz został usunięty przez administratora bloga.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Fajny wpis jak zawsze. Chętnie poznałbym Twoją opinię o:
      - We Bare Bears
      - Teen Titans Go!
      - nowych Atomówkach (ale to chyba masz w planach więc pomińmy)
      - Mighty Magiswords
      - Miraculous: Biedronka i Czarny Kot (jak dodatkowo wiesz może skąd ten wielki hype na tak [wg mnie] przeciętną kreskówkę to bardzo chętnie się dowiem)
      - Dlaczego uważasz, że Wander Over Yonder> Gravity Falls
      ^^

      Usuń
    2. Dużo pytań. Raczej nie będę poświęcać na te rzeczy oddzielnych postów, więc odpowiem krótko.
      -We Bare Bears jest proste i relaksujące. Udaje im się uniknąć powtarzalności i rzeczywiście wiedzą, jak działają takie współczesne wynalazki jak Internet - coś co zaskakująco wiele produkcji kompletnie skopuje.
      -Teen Titans Go! nie jest tak złe jak wszyscy mówią. Wie, że jest głupie, nawet nie próbuje udawać poprzedniego serialu i bardzo dobrze.
      -Ta, pomińmy...
      -Migthy Magiswords nawet planowałam recenzować, ale nie ma tam zbyt wiele. Formuła, która sprawdza się w minutowych animacjach nie przekłada się na pełen serial.
      -Miraculous to zmarnowany potencjał.
      -WOY lepiej spełnia swoje założenia niż GF. Wander miał być prostą komedią, krzepiącą na duchu. I tak jest. Gravity Falls miało oddać klimat letnich wakacji - co się całkiem udało - a jednocześnie być pełne tajemnic, sekretów i pokomplikowanej fabuły. I tutaj się GF sypie, za dużo dziur fabularnych, braku logiki, a najbardziej czuć skrócenie dwóch ostatnich sezonów do jednego. Mam też uwagi do castingu i do tego, jak rozwiązano konflikt pomiędzy Stanem i Fordem.

      Usuń
  4. Szkoda, że ani Sonica, ani SDI nie wpadli na najlepszy pomysł na Perydot, który (jak sądziłem, słuchając pierwszy raz Perydot w oryginale) sam pcha się do głowy - Annę Sztejner.

    OdpowiedzUsuń