Bertie and Tuca

Twórczyni tego serialu pracowała przy BoJacku Horsemanie, co widać na pierwszy rzut oka. Jednak nie chcę, żeby cała recenzja skupiała się na porównywaniu obu produkcji. Dlatego wspomnę dwie rzeczy. Projekty postaci jak i sam koncept świata są bardzo podobne, chociaż Bertie and Tuca pozwalają sobie na więcej szaleństwa - to pierwsze podobieństwo. Drugie - obie serie poruszają życiowe problemy w bardzo realistyczny, chwytający za serce sposób.


Do trzydziesto-cośtam letniej Bertie wprowadza się jej chłopak. A to oznacza rozłąkę z jej wieloletnią współlokatorką, Tucą. Dziewczyny nadal są sąsiadkami i najlepszymi przyjaciółkami, jednak muszą zacząć ogarniać własne życie bez nieustannej obecności tej drugiej. I... w sumie to tyle. Reszta fabuły to sam życie - czasem przeplatane z bardzo absurdalnymi sytuacjami. Z tym absurdem nie przesadzam - mamy kulty, gigantyczne wszy łonowe i cycek, który postanawia wziąć sobie wolne, upić się i ponarzekać na bycie obiektem niestosownych uwag. Właśnie połączenie tych dwóch elementów tworzy z serialu wyjątkowo przyjemny w odbiorze utwór.

Z jednej strony mamy zwierzo-ludzi, roślino-ludzi, rzeczo-ludzi i... ludzio-ludzi. Węże zamiast metra. Ciągłe łamanie czwartej ściany i dowcipy rodem z Looney Toons. Kojarzycie jak Kojot maluje na skale tunel za pomocą farby firmy ACME, a Struś Pędziwiatr jest w stanie przez ten namalowany tunel przebiec? Sporo w Bertie and Tuca humoru tego typu. Nikt tego nie kwestionuje, to taki lekki element komediowy, który pomaga też w wizualnym przekazie treści i w pełni wykorzystuje potencjał animacji. Uwielbiam tego typu wstawki - to trochę sztuka dla sztuki, która niekoniecznie wiele wnosi, ale umila widzowi czas, więc czemu nie. Muszę jednak przyznać, że potrzeba chwili aby się do tego przyzwyczaić - początkowo tylko mnie rozpraszały te żarciki.


Co do części dramatycznej, nie spodziewajcie się fajerwerków. Kiedy już serial wchodzi w poważniejsze tony to obywa się bez szaleństw - dylematy bohaterek są przyjemnie przyziemne. Takie, jakie spotykają normalnych ludzi na co dzień. Jednak wykonanie tych prostych historii jest fantastyczne - wiarygodne aż do bólu, zwłaszcza, że życie nie często bywa różowe.

Tuca jest żywa, ekstrawertyczna, nie boi się głośno wyrażać własnego zdania. Ale też zmaga się z własnymi problemami rodzinnymi, a jej nieodpowiedzialność niejednokrotnie prowadzi do mniejszych lub większych katastrof. Nie poradziłaby sobie bez Bertie, która dba o nią, jak o młodszą siostrę.
Z kolei Bertie ma w sobie dużo nieśmiałości i spory bagaż emocjonalny. Nawet jeśli jest pracowita i zdeterminowana to brak wiary w siebie podcina jej skrzydła. Tuca jest jej potrzebna jako wsparcie moralne.
Taka zależność miedzy nimi sprawie, że dziewczyny są od siebie zależne. W sposób, który niekoniecznie jest zdrowy - sprawia, że trudno im bez siebie funkcjonować. W momencie, gdy ich więź słabnie - chociażby dlatego, że Bertie układa sobie życie ze swoim chłopakiem - przyjaciółki przestają sobie radzić z życiem. I jest to coś, czego nigdy nie widziałam w mediach. Pokazanie, że przyjaźnie i silne więzy, pozornie bardzo pozytywne, mogą mieć swoje negatywne strony. Nawet jeśli, koniec końców, przyjaźń i miłość zwycięża, ratuje świat i jest dobra, bardzo podoba mi się takie alternatywne spojrzenie.


Więzy i relacje leżą w centrum zainteresowań serialu także poza obrębem naszych tytułowych bohaterek. Osobne wątki dostają też między innymi związek Bertie i jej partnera, Speckle'a, Tuca i jej rodzina, a nawet masa przypadkowych ludzi, którzy wspierają Bertie po upokarzającym wydarzeniu. A przy tym wszystkim, serial nie unika bezpośredniego podejmowania takich tematów jak dyskryminacja czy molestowanie w miejscu pracy. Innymi słowy - jest feminizm. Jego przyczyny, objawy i skutki jego braku. Mniam mniam.

I po tym opisie może się wydawać, że serial jest ciężki, ale - jeszcze raz podkreślam - to przede wszystkim przyjemna rozrywka. Pełna eksperymentalnej animacji, trochę głupawych żarcików i eksplodujących kolorów. Z całą pewnością nie próbuje nas zmusić do ciężkich przemyśleń życiowych - po prostu pokazuje jak wygląda życie. A co to by było za nudne życie, gdyby wszystko było zabawne, a każdy epizod kończył się happy endem?


Share on Google Plus

0 komentarze:

Prześlij komentarz