The Loud House

Planowałam napisać o tym serialu niemal od początku jego emisji. Postanowiłam jednak poczekać, aż wyemitują też polską wersję - żeby porównać sobie obsady, grę aktorską, skrytykować lub pochwalić tłumaczenie. Czekałam cierpliwie od maja aż do wczoraj, kiedy odkryłam, że The Loud House już dawno temu doczekał się rodzimej wersji - pod nieco mylącym tytułem Harmidom, bardzo fajna nazwa trzeba przyznać. Mój błąd, przyznaje. A serial zasługuje na sklecenie o nim kilku słów z co najmniej dwóch powodów.





Po pierwsze, Nick nie ma nic do zaoferowania. Pierwszy dziecięcy kanał telewizyjny, swoista ikona swoich czasów, cóż, te czasy są już za nami. Odkąd skończyła się Legenda Korry (która była wówczas jedyną dobrą rzeczą w ramówce), mieliśmy do wyrobu kolejne sezony seriali, które powinny zostać skasowane już dawno, dawno temu i sitcomy. Nie wiem czy sitcomy Nicka są złe, wszystkie wydają mi się takie same, niezależnie od stacji, może dlatego, że nie są przedmiotem mojego zainteresowania. Ale taki Spongebob czy Wróżkowie Chrzestni przypominają zombie - powinny być martwe, ale jakoś ciągną dalej. Więc jeśli Nickelodeon włącza w swoja ramówkę coś nowego i przypominającego dobry serial - jestem jak najbardziej za.
Po drugie - The Loud House jest bardzo dobrym serialem. Twórcą jest Chris Savino, który pracuje dla Nickelodeon od czasów niepamiętnych, maczał palce klasykach, a teraz wraca do swoich korzeni w pierwszym serialu własnego pomysłu. Pisząc o korzeniach mam na myśli komiksy. The Loud House bardzo wyraźnie czerpie inspiracje, głównie w kwestii stylu, z takich pozycji jak Fistaszki czy Calvin i Hopps. Widać to zwłaszcza po kartach tytułowych i tekstach w stylu "bum", które czasem migną na ekranie. Swoja drogą, serdecznie polecam wywiad z nim, zrealizowany w ramach Nickowego podcastu - nie mogłam się oderwać. (link)


Lincoln ma 11 lat i 10 sióstr. Tak, całych dziesięć - od niemal dorosłej już Lori po Lily, która potrafi tylko gaworzyć i dostarczać pieluchowego humoru. Linc jest idealnie środkowy w kolejności, dlatego stanowi dla całej gromadki punkt równowagi. A dla nas - świetnego narratora po perypetiach rodzeństwa. Każda z sióstr ma inną cechę charakterystyczną, która - z drobnymi wyjątkami - stanowi cały jej charakter. Mamy więc...

  • 17-letnią Lori, nieco zarozumiałą, ale opiekuńczą pierworodną
  • Leni, nieco głupiutką, ale sympatyczną 16-letnią pasjonatkę mody
  • Luna, dzika i umuzykalniona, fanka rocka
  • Luan, która rzuca mniej lub bardziej śmiesznymi dowcipami 
  • Lynn, sportsmenka, kocha rywalizację
  • Lucy, mała gotka - pisze własną poezję i wyskakuje w najmniej spodziewanych miejscach. 
  • Lana, chłopczyca i jej bliżniaczka Lola - mała księżniczka
  • Lisa, genialna czterolatka z tytułem doktora. 
  • i najmłodsza, urocza Lily

Prostota tych postaci sprawia, że natychmiast możemy je polubić, zacząć przewidywać ich reakcje i - co najważniejsze - cieszyć się ze spięć jakie nieubłaganie muszą wystąpić przy tak skrajnie różnych bohaterkach. Mimo to, nie są one pisane jako jednowymiarowe - chłopczyca lubi oglądać "babskie" programy, gotka potrafi się ekscytować i być uśmiechnięta. Dodatkowy plusik za ukazanie jak wiele jest sposobów na bycie dziewczyną - nie żeby to było coś za co powinno się wychwalać seriale, to obowiązkowe minimum, ale nadal mamy przypadki, kiedy nie jest to taki oczywiste.
Przy tak kolorowej gromadce łatwo by było uczynić naszego bohatera nudnym, everymanem bez osobowości, który tylko stanowiłby tło dla swoich sióstr - takim pretekstem do posiadania fabuły. Na szczęście Lincoln ma osobowość - równie prostą, ale wyróżniającą się i przemyślaną. Lincoln strategiem, co przydatne przy licznej rodzinie. Jest mediatorem, łącznikiem między piątką starszych sióstr, a pięcioma młodszymi. To głos rozsądku, ale też w swoich granicach - ostatecznie to zwyczajny dzieciak, z którym można się utożsamiać.
Same fabuły są zwyczajnymi, codziennymi sytuacjami, ale podchodzi się do nich w ciekawy sposób. I tak, zaklepanie odpowiedniego siedzenia w samochodzie zamienia się w skrupulatnie zaplanowaną akcję podziałem na fazy. The Loud House to przede wszystkim komedia sytuacyjna, piękna w swojej prostocie, oparta na dialogach i interakcjach. Byłam też zaskoczona ilością "aluzyjnych" dowcipów - na szczęście nie dają one po oczach, chociaż niektóre są całkiem odważne.
Jednak na samym końcu, morał brzmi zawsze tak samo - mimo różnic i tego, że rodzeństwo,potrafi dać w kość, w rodzinie trzeba trzymać się razem.
The Loud House przypomina mi o prelekcji na Pyrkonie, w której uczestniczyłam w 2015 roku. Była ona o rodzeństwach w popkulturze, a zwłaszcza w kreskówkach. Autorzy pokazali jak wiele seriali animowanych ukazuje relacje między rodzeństwem jako toksyczne - Laboratorium Dextera, Edd, Edd i Eddy, stosunek Fretki do braci w Fineaszu i Ferbie. Oczywiście, pojawiły się na prelekcji przykłady pozytywne i spokojnie zaliczyłabym Harmidom do tej kategorii. Jest zabawnie, autentyczne, ale przede wszystkim ciepło.


O, i Clyde - najlepszy przyjaciel głównego bohatera - ma dwóch ojców. Po prostu. Nawet w polskiej wersji. Tyle.


Share on Google Plus

0 komentarze:

Publikowanie komentarza