Equestria Girls: Legenda Everfree

Tak, też oglądam kucyki. Chociaż bronies mają pewien uraz do serii Equestria Girls po słabiutkiej i wypchanej niepotrzebnym fanserwisem części pierwszej. Nawet jeżeli kolejne były już zdecydowanie lepsze.
A teraz nadeszła pora na czwartą odsłonę cyklu. I spieszę z radosną nowiną - część pierwsza nie jest już tą najgorszą.
*unika zgniłych owoców, rzucanych w jej stronę*

Więcej obrazków będzie później, kiedy w Internecie pojawią się już screeny.



Dla nieobeznanych: seria filmów telewizyjnych Equestria Girls to spin-off niezwykle popularnego serialu My Little Pony: Friendship is Magic. To nasz standardowy świat po drugiej stronie lustra, gdzie zamiast kucyków i kucykolandii mamy ludzi i amerykańsko-podobne liceum. Pierwsza część była niezręczna, wypełniona schematami typowymi dla takiego filmu, z którymi nie robiła nic ciekawego. Antagonistka była nudna, muzyka - bolesna, chociaż całkiem chwytliwa, jedynie postaci głównych bohaterek napisano całkiem nieźle. Sequel był znacznie lepszy - nadal bywały dziury w fabule, ale czarne charaktery były świetne (oh, Adagio, możesz mnie chwytać w sieć swoich dźwięków, nie będę się stawiać...), a rozwój akcji i jej rozwiązanie - satysfakcjonujące. Więcej, najgorszy element poprzedniego filmu zamieniono w największy atut serii. Trzecia część była gdzieś pośrodku - trochę bez sensu, ale dawała radę. Byłaby może lepsza, gdyby zachowano pierwotny zamysł scenarzystów. Nie polecam filmów, jeśli nie mieliście styczności z kucykami, ale dla fana są przyjemne.
A potem przyszła czwórka...

Po schemacie z "muszę zostać królową balu i pokonać wredną dziewuchę", bitwie zespołów i rywalizacji ze złą, złą szkołą dla snobów nadszedł czas na kolejny, oklepany scenariusz - letni obóz. Nie ukrywam, że bardzo go nie lubię. Oczywiście, to już tradycja filmów Equestria Girls i bez wątpienia scenarzyści dobrze zdają sobie sprawę z tego jak banalne są te pomysły. Trafiamy więc do uroczego ośrodka w lasie Everfree, prowadzonej przez rodzeństwo - Gloriossę Daisy i Timbera "wcale-nie-love-intrest"Spurce'a. Czyżby obóz miał zostać zamknięty? Czy wredny biznesmen z limuzyną i w garniaczku chce tam postawić spa? Już wiecie jakie będzie zakończenie? W poprzednich filmach zawsze czekało nas jakieś drobne zaskoczenie. Wiadomo, że czeka nas happy end, ale jeszcze nigdy ciąg wydarzeń nie był tak przewidywalny. Nawet "jak na film dla dzieci". Właściwie jedyną "nowością" jest to, że dziewczyny dostają super-moce. Najwyraźniej las jest magiczny. Jednak ten wątek jest poprowadzony trochę obok dramy z zamykaniem obozu. Łączą się praktycznie dopiero w trzecim akcie. Lekko zazębiają.

Jednak nikt nie ogląda kucyków dla ich skomplikowanej fabuły. Liczą się bohaterowie. A raczej bohaterki. Po raz kolejny, film bardzo dobrze radzi sobie z ciągłością fabularną. Sci-Twi, czyli ludzka Twilight Sparkle, walczy z wyrzutami sumienia po ostatnim... incydencie. Martwi się, że pozbawiony zahamowań, opętany magią potwór, którym stała się w poprzedniej części, nadal jest jej częścią. Nawet zapewnienia Sunset Shimmer, że ją też to dręczyło i że to nie była jej wina, nie są w stanie jej uspokoić. Klasyka. Tylko uwypukla to coś, co może być bardzo mylące - Twilight w tym filmie, nie jest Twilight z serialu. Jest bardziej niepewna siebie, zamknięta, niczym w pierwszych sezonach Friendship is Magic. I bardzo się cieszę z tego wątku, nawet jeśli przyćmiewa on wszystko inne. I coraz bardziej mnie ciekawi wpływ magii na ludzi. Czy inni uczniowie też mają koszmary, po tym jak zniewolono ich umysły? Dwa razy?

Jak zwykle, najlepsza jest Sunset Shimmer. Nie tylko staje się coraz ciekawsza, coraz dojrzalsza, z każdym kolejnym filmem. Teraz dostała też najlepiej dopasowaną super-moc z całej drużyny - Sunset jest telepatką, słyszy, a nawet widzi co chodzi innym po głowie. Może brzmi mało imponująco, ale cieszę się, że obdarzono ją akurat taką umiejętnością - świetnie pasuje do jej osobowości. Megan sama wspomniała, że gdyby Sunset była klejnotem harmonii, reprezentowałaby element Empatii. I to tu idealnie widać. Sunset jest sercem tego zespołu, taką Twilight tej rzeczywistości. Pozostałe moce też dobrano nieźle, na pewno lepiej niż w odcinku Power Ponies - chociaż to, że Fluttershy dostaje coś bezużytecznego pozostaje bez zmian.

Klejnot Empatii - potwierdzone! (?)

Kontynuując temat bohaterów, dostajemy podróbę Flasha, Timbera. Który jest tu tylko po to, aby zniszczyć ship Sci-Twi x Sunset. Z drugiej strony, wyposażono go w ciekawą rzecz zwaną osobowością. Trudno ją rozwinąć w ciągu 72 minut, ale jest całkiem inteligentny, sarkastyczny, ma dobre serce i nie wiadomo w jakim jest wieku, co czyni jego podbijanie do licealistki trochę niepokojącym. Swoją drogą, prawdziwy Flash jest w tym filmie uroczy i biedny, i mówi o swoich uczuciach, i należy go chronić pod każdym pozorem. Poważnie, chciałabym jeszcze z jedną, dłuższą scenę dla niego. Jego zauroczenie uciekło do innego wymiaru, a po szkole kręci się jej bliźniaczka, nic dziwnego, że ma mętlik w głowie. Nie wiem czy zobaczymy Flasha w następnych filmach, może scenarzyści doszli do wniosku, że tą krótką rozmową z Sunset Shimmer podsumowano już wszystkie jego wątki. Będę tęsknić, Flash.
Naszą główną atrakcją jest jednak Gloriossa. Ona też ma swoje problemy emocjonalne, które ostatecznie zrobią z niej antagonistkę. Natomiast, teoretycznie ma motywację i rozumiem jej ból, to że nie chce narzucać innym swoich problemów, nudzi mnie już jednak wątek "magii, która sprowadza na złą stronę". Jej design jako Gaia (Gaea?) jest zaskakująco fajny, a mimika została fantastycznie zanimowana. I ma najlepszą piosenkę.

Główny problem filmu to tempo. Zaczyna się dobrze, poprane wprowadzenie, spokojny nastrój i zarysowanie tego, co będzie stwarzać problemy.  Środek jest ślamazarny i nie wiadomo o co fabule chodzi. Nie pomaga, że piosenki są nudne i - generalnie - brakuje nam momentów radochy. Główną atrakcją jest... budowanie przystani. Łu-hu. Potem dochodzą fragmenty z magią, jednak a) pół filmu za nami i b) nie nakręcono tego w ekscytujący sposób. W poprzedniej części mieliśmy rozwiązywanie zadań matematycznych, ale odpowiednią muzyką, montażem i ujęciami zrobiono z tego scenę pełną napięcia. Poważnie.  Humor zawodzi, nawet jeśli tym razem łaskawie oszczędzono nam tanich odwołań do fandomu (co miało swój urok, do czasu). No i jest jeszcze las. Wiemy, że w lesie coś siedzi, ale brakuje poczucia zagrożenia. Pamiętacie, jak w serialu las Everfree jest tym strasznym, ponurym miejscem, bardzo charakterystycznym? Nie tutaj, moi państwo. Dlatego nic nas nie obchodzi. Albo obchodzi, tylko dlatego, że obchodzi to Sunset.
A kiedy już zagrożenie nadchodzi, jest ono tak nagłe i niezrozumiałe (poważnie, jakie moce daje ten naszyjnik?) i powtarzalne, że who cares? A Filthy Rich to nawet nie antagonista. Widzimy go przez pół minuty i zostaje pokonany w try miga. Czy nie byłoby bardziej ekscytująco, gdyby pojawił się on w obozie, powodując, że Gloriossa posuwa się do ostateczności. Jednocześnie, pewnie sam by zrezygnował z obozu, w obliczu.... zagrożenia własnego życia.

Go, Go, Winx Club! 

A finał też jest rozczarowujący. Dziewczyny, których magia przyjaźni uaktywania się najwyraźniej losoweo, dostają swoje magiczne stroje, skrzyżowanie Power Rangers i Winx Club, pokonują złodupce i lęki Sci-Twi w niezbyt widowiskowy sposób i zbierają pieniądze w jeden dzień. Ja... nawet nie mam słów. Przede wszystkim, wszystko to zostaje załatwione w kilka minut. Najwyraźniej twórcom zaczęło brakować czasu, a ramy 72 minut są nieubłagane. Sama walka nie jest spektakularna, wielkie, magiczne "bum" na koniec nie robi wrażenia - bez odpowiedniego zbudowania napięcia tak się zdarza. A wątek braku pieniędzy, w gruncie rzeczy, rozwiązuje się sam. Jeden koncert, szybki montaż i już widzimy wściekłego Filthy Richa, który opuszcza koncert, sfrustrowany, że okazja mu przeszła obok nosa.
Zaraz, zaraz... A gdzie on właściwie był przez cały ten czas?
Sprawca całego zamieszania, główny antagonista jest na ekranie łącznie jakieś 2 minuty. Licząc wspomnienia Gloriossy. Czy nie byłoby lepiej, gdyby był on bardziej obecny w fabule? Na przykład podczas wielkiego przebudzenia Gai Everfree? Zakład, że sam chciałby się wycofać z interesu, wiedząc, że w pobliskim lesie drzemie jakaś dziwaczna, odstraszająca klientów siła? Czy naprawdę warto było na siłę ciągnąć tę kliszę z zamykaniem obozu? Mam wrażenie, że wciśnięcie morału "powiedz przyjaciołom o problemach, pomogą Ci je rozwiązać" byłoby możliwe nawet i bez tego.

Ostatecznie - słabizna. Nawet nie ma radosnej głupoty pierwszej części.
Swoją drogą, ciekawe co przyniesie część czwarta. Jaka jeszcze banalna fabuła nam została? Będą wystawiać przedstawienie? Atak zombie? A może okrutne widmo ukończenia szkoły?

Dla moich czytelników na komórkach - dodałam szybką ankietę ma boczny pasek, bardzo mi zależy na odpowiedziach. Poza tym, ankiety są super. Głosujcie.
Share on Google Plus

0 komentarze:

Publikowanie komentarza