Barbie Księżniczka i Żebraczka

Czy zaczęłam całą serię tylko po to, żeby pozachwycać się nad tym filmem?
Może.



Księżniczka i Żebraczka to, jak dotąd, mój ulubiony film Barbie. Jestem szczerze ciekawa czy którykolwiek z następnych będzie w stanie go przebić. Po raz kolejny Mattel używa cudzej historii - tym razem na tapetę trafia "Książe i Żebrak" - w dodatku tej, którą przerabiano już setki razy. Jednocześnie, jest to pierwszy pełnoprawny musical od czasu... eh, Barbie and the Rockers. Zrezygnowano też z baletu, a nawet z framing device - tym razem ta historia nie jest przypowiastką snutą przez troskliwą, starszą siostrę. Jak widzicie, wiele rzeczy mogło pójść źle. A tymczasem...


Podobnie jak w przypadku Roszpunki, film nieco zmienia dobrze znaną historię Marka Twina.
Zaczynamy od narracji. W pewnym królestwie rodzą się dwie, (prawie) identyczne dziewczynki. Jedna jest księżniczką, druga pochodzi z biednej rodziny. Ponadto, jedna na blond włosy, druga brązowe - zgadnijcie, która jest która. Wychowują się w skrajnie różnych warunkach i obie mają różne problemy. I tu pierwsza, przyjemna zmiana. Anna Luiza - księżniczka - całe życie spędziła pod kloszem, wypełniając obowiązki, a teraz musi wyjść za władcę sąsiedniego kraju, aby uchronić swój lud przed biedą. Eryka  - nie do końca żebraczka - odpracowuje dług swoich rodziców jako szwaczka, gdzie jej pracodawczyni nalicza odsetki ze złośliwością godną parabanku. Obie wiedzą, że mają przechlapane, nie lubią swojego życia, ale też przyjmują swoją powinność i dalej robią to, co słuszne. W wielu filmach, nie tylko tych dla młodszych widzów, chwali się odwagę potrzebną, aby zmienić swoje życie. Ale czasem trzeba więcej hartu ducha, żeby zostać i robić to, czego się nie chce, ale co jest od nas wymagane. W dodatku, chyba po raz pierwszy, ma się więcej współczucia dla księżniczki. Owszem, żyje i żyć będzie w dostatku, ale całe swoje życie spędzi jako żona obcego gościa. Jej wolność, dotąd i tak ograniczona, niedługo się skończy. Eryka nigdy nie miała lekko, ale kiedy już spłaci swój dług - będzie wolna. Albo martwa, wtedy żyli krócej.

Cała sytuacja dziewcząt zostaje nam przedstawiona w piosence, naprawdę ślicznym duecie. Jak przystało na musical, utwór nie pojawia się tylko jako przerywnik - pozwala naszym bohaterkom wyrazić swoje emocje, umiejętnie wpleciono w niego elementy fabularne i przerywniki w postaci bohaterów drugoplanowych.

W międzyczasie dowiadujemy się kto stoi za bankructwem królewskich kopalń, które zagrażają gospodarce państwa. Nie kto inny, jak bad guy wieczoru, doradca królowej - Preminger. Jakimś cudem udało mu się wykraść całe złoto, przy pomocy dwóch gości, którzy wykopywali je nocami. Teraz ma dość pieniędzy, aby być atrakcyjnym kandydatem na męża dla księżniczki, wystarczająco majętnym by wyciągnąć krainę z kryzysu. Tak, to jest naciągane, ale Preminger jest dobrym antagonistą - natychmiast znajduje rozwiązanie, kiedy okazuje się, że władczyni już znalazła innego męża dla córki, no i ma fajną piosenkę. Piosenki bad guyów zawsze są najlepsze, prawda? Niestety, Preminger ma dwójkę niezbyt inteligentnych pomagierów i pudla. Nie są oni szczególnie śmieszni, a próbują usilnie.



Poznajemy też Juliana - nauczyciela księżniczki, których najwyraźniej łączy przyjaźń, a może i coś więcej. Zabiera on Annę Luizę do miasteczka, aby mogła posmakować wolności po raz pierwszy i ostatni. Oczywiście, spotyka ona tam Erykę, która po raz jedyny w filmie robi coś co można nazwać żebraniem - chociaż, tak właściwie, to zarabia ona śpiewając na miejskim placyku. Obie panie zauważają uderzające podobieństwo, odśpiewują kolejną piosenkę, po której stwierdzają, że łączy je więcej niż wygląd. Wracając do pałacu, Anna Luiza przysięga nawet, że pośle po Erykę, aby mogła ona zaśpiewać dla samej królowej.

I byłoby tak pięknie, gdyby nie Preminger. Jego pomagiery Annę Luizę - to królestwo jest takie biedne i maleńkie, że nawet nie stać ich na straż, najwyraźniej - wywożą do lasu i zamykają w jakiejś chatynce. Akurat wtedy, kiedy na zamku zjawiają się posłowie króla Dominika, przyszłego małżonka księżniczki. Na szczęście Julian, sprytny facet, zaczyna coś podejrzewać - dlatego zajeżdża po Erykę i prosi ją o pomoc. Dziewczyna ma się podszyć pod Annę Luizę, do czasu gdy tamta się nie znajdzie. Jeśli się uda, uratuje królestwo, jeśli ją nakryją - oboje będą mieć kłopoty. Oczywiście Eryka się zgadza, co skutkuje - zgadliście - kolejną piosenką! Tym razem czeka nas klasyczny utwór towarzyszący błyskawicznej przemianie naszej prostej wieśniaczki w damę błękitnej krwi. Większość piosenki to lista obowiązków i zasad, jakimi będzie musiała się kierować Eryka, a żeby nie było nudno, dostajemy też niedyskretny rzut oka na zauroczenie Juliana osobą Anny Luizy. Oczywiście fortel się udaje, a Preminger - przy najbliższej okazji - wieje do lasu, aby nakrzyczeć na swoich pomagierów.

Tymczasem, sama Anna Luiza nie próżnuje. Udaje jej się przechytrzyć swoich porywaczy i uciec. Jednak straż nie wpuszcza jej do pałacu - przecież księżniczka się odnalazła, czyż nie? Nie wiedząc co robić, dziewczyna szuka schronienia u Eryki. Jednak pracodawczyni żebraczki - madame Carpe - oczywiście, bierze ją za swoją pracownicę i zagania do pracy.

Streszczam to wszystko ponieważ bardzo podoba mi się zabieg, jaki tu zastosowano. To nie jest tak, jak często bywa w takich historiach, że sobowtóry zamieniają się miejscami z nudów albo dlatego, że nie podoba im się ich obecne życie (do tego dojdziemy już niedługo...). Przymusza je do tego sytuacja, ciąg nieszczęśliwych wypadków. Jednocześnie, nie są w swojej sytuacji bierne - w końcu Eryka sama podejmuje decyzję o udawaniu księżniczki, a i Anna Luiza ucieka porywaczom i próbuje potem skontaktować się z pałacem.

Nie chcę Wam opisywać całego filmu, przecież nie zepsuję takiej zabawy, jednak jest jeszcze jedna scena, która przykuła moją uwagę. Jest to moment, w którym Eryka rozkoszuje się swoim nowym, królewskim życiem i bierze kąpiel. Widzicie - Eryka ma kota. Zresztą, Anna Luiza też, bo zawsze muszą być jakieś zabawne zwierzątka, które towarzyszyłyby bohaterce. Niemniej, kot Eryki - Wolfie - jest jedyny w swoim rodzaje. Zachowuje się jak pies - szczeka, merda ogonem sapie z wywalonym językiem. W scenie kąpieli, najwyraźniej zainspirowany przemianą swojej pani, próbuje on miauknąć. W zamian, Eryka śpiewa mu piosenkę. 
"You're no status quo calico
So why keep trying to be?
'Cause you're more than that
You're a doggish cat" 
"What you are is a strange you
Doesn't mean you should change you
Only means you should change your point of view"

A w polskiej wersji:
"Jeśli szczekasz chcesz,
no to szczekaj."
"Jeśli w sobie masz coś innego,
nie bój się, nie gub tego". 
Dobrze, może to nadinterpretuję. Może to kolejna z dziesiątek piosenek "Bądź sobą", jakich Barbie ma w swoich filmach na pęczki - tylko, wiecie, lepsza. Niemniej, zachęta, aby być kimś kompletnie innym, być sobą, zamiast tym, czym nas "stworzyła natura"... Nie mogę być jedyna.

Uważam ten film za najlepszy z dotychczasowych głównie za sprawą bohaterek. Chociaż obie Barbie są podobne, każda ma swój charakter. Plus, za to, że mają własne zainteresowania i marzenia, mimo warunków. Tak więc Anna Luiza jest wrażliwa i cicha, chociaż potrafi się postawić, jak na księżniczkę przystało. Jest też zafascynowana nauką i najchętniej spędzałaby cały swój wolny czas pośród książek. Z kolei Eryka ma twardszą skórę, bywa pyskata i reaguje impulsywnie. Widać, że nie jest tak inteligentna jak jej bliźniaczka, co nie odbiera jej jednak godności. Chce uwolnić się ze swojej przymusowej pracy i podróżować po świecie, śpiewać dla tłumów.
Pozostali bohaterowie są prości jak konstrukcja cepa, chociaż przeszkadza to tylko w przypadku pachołków antagonisty. Po raz kolejny w filmie roi się od gadających zwierząt, ale tym razem rozmawiają one tylko między sobą - ludzie ich nie rozumieją. Bardzo mnie cieszy ta zmiana, niestety, niesie to ze sobą osobne wątki dla zwierzęcych kompanów. Nie ma ich zbyt wiele, ale wciąż są irytujące. No i, w jakichś dwóch momentach te zwierzaczki miały jakiś wpływ na fabułę, więc nie mogę powiedzieć, że wepchnięto je kompletnie na siłę. Sama fabuła jest spójna, chociaż zakończenie jest trochę pisane na kolanie. Bo przecież wiadomo, że musi się skończyć dobrze, a każdy z bohaterów musi się jakoś w trzecim akcie pojawić.

Swoją drogą, w filmie podwójny występ zaliczyły aktorki głosowe Barbie - zarówno Kelly Sheridan jak i Beata Wyrąbkiewicz. Niestety, o ile pani Sheridan jest fenomenalna, o tyle pani Wyrąbkiewicz nie poszło już tak dobrze. Nadal lubię jej występ, ale nie była w stanie udźwignąć podwójnej roli. Poza tym, to musical. A chociaż kariera pani Wyrąbkiewicz jest nieodłącznie związana ze muzyką, jej śpiew - przynajmniej z głosem Barbie - pozostawia wiele do życzenia. Nawet nie chodzi o to, że nie zawsze jest przyjemny dla ucha - w kilku miejscach wręcz fałszuje.
Oh, co za obraza! Jak śmiecie narażać ucho pełnoletnich fanów, którzy piszą niepoważne recenzje na blogspocie!
Nie jestem w stanie naskakiwać na panią Beatę, zwłaszcza, że w jej występie nadal jest sporo serca, ale te piosenki - oraz fakt, że często trudno rozróżnić głos AL od głosu Eryki - psują odbiór filmu. Jeśli chodzi o resztę obsady, jest dobrze. W obu wersjach językowych wyróżnia się aktor grający Premingera - Martin Short i Wojciech Paszkowski (cześć mu i chwała). Także tłumaczenie jest znośne, chociaż piosenki tracą kilka niuansów. Da się przeżyć.
Co do samych piosenek, obowiązuje zasada - im wcześniej pojawia się piosenka, tym lepiej. Końcowe utwory są dosyć nudnawe, o miłości miłosnej i bez ciekawej melodii. Nawet jeśli trudno nazwać ścieżkę dźwiękową Broadwayowskim majstersztykiem, przynajmniej wpada w ucho i oferuje pewną różnorodność.

W kwestii animacji, niewiele się zmieniło. Jest mooże troszeczkę lepsza niż w Jeziorze Łabędzim, a po ulicach spaceruje kilku przechodniów więcej. Trochę się też zmieniło w kwestii zakończenia - teraz dostajemy wpadki z planu! O tak, telefon dzwoniący w środku kręcenia romantycznej sceny! Jedna z nich jest nawet zabawna, ale raczej nie przemyślano ich zbyt dobrze. A potem dostajemy szmirowaty pop w napisach, co powoduje u mnie chęć rzucania tłukliwymi przedmiotami.

Nawet końcówka nie zmieni jednak faktu, że mam wielki sentyment do tego filmu. Pewnie widać to w moich wypocinach, ale trudno mi go jakkolwiek krytykować - a i tak jestem pobłażliwa, bo przecież Barbie. Jeśli macie obejrzeć jeden z całej serii tych filmów, niech to będzie ten. Ustawił poprzeczkę wysoko i aż nie mogę się doczekać, aby zobaczyć czy udało się to pobić.

Recenzje innych, gorszych od tego, filmów z Barbie i moją poruszającą backstory znajdziecie pod linkiem.
Share on Google Plus

0 komentarze:

Publikowanie komentarza