Moana - kilka przemyśleń

(nie, nie będę używać polskiego tłumaczenia - twórcy chcieli imię "Moana" i niech tak będzie)

W końcu widziałam Moanę. Z różnych powodów, o wiele później niż to sobie zakładałam - szkoda, bo bardzo czekałam na ten film. Ponieważ wszyscy na lewo i prawo zdążyli go już zrecenzować, ograniczę się do kilku refleksji, mniej lub bardziej spoilerogennych.

  • Przede wszystkim, film jest przepiękny. Sposób w jaki zanimowano ocean i bujną przyrodę porastającą wyspy, sprawiały, że czułam dotyk promieni słonecznych na własnej skórze - w ciemnej sali kinowej. Podobają mi się też projekty postaci, zwłaszcza Mauiego. Wygląd filmu muszę uznać za jego największy atut w moich oczach.  
  • Mówiąc o wyglądzie, bardzo spodobał mi się Świat Potworów (Lalotai) i stworzenia go zamieszkujące. Wielka szkoda, że nie dostaliśmy więcej czasu, żeby się w niego zagłębić - może dłuższa ucieczka przed Tamatoą? Swoją drogą, wielki krab jest bezapelacyjnie moją ulubioną postacią i ma najfajniejszą scenę. I najlepszą piosenkę. Uwielbiam gościa. Dlatego rozczarował mnie polski dubbing - nie mam nic do Maleńczuka, ale kompletnie mi do tej roli nie podpasował, a chórki w jego piosence są przeokropne. Czekam na covery "Błyszczeć", może będą bardziej znośne.
I już wiesz, że to będzie dobra postać.
  • Chociaż Tamatoa przysporzył mi najwięcej frajdy to bardzo, bardzo podoba mi się co zrobiono z postacią Mauiego. Jego charakter, czyny i kodeks moralny rozkładają się u mnie idealnie po równo między bucem, a bohaterem tragicznym. Chyba nawet bardziej skłaniam się w stronę buca, jednak właśnie ta niepewność jest tutaj kluczowa. Bardzo łatwo byłoby zrobić z Mauiego zarozumialca, który popełnia kilka głupot, ale generalnie ma dobre serce. I... niby tak jest, ale czy robił to wszystko dla ludzi? A może bardziej dla siebie? 1000 lat na odosobnionej wyspie to straszna kara, ale czy usprawiedliwia to, jak potraktował Moanę? I tak dalej, i tak dalej... Trochę psuje to fakt, że wkracza on do akcji w ostatniej scenie na zasadach deux ex machina. Ot tak, bez wyjaśnień. Brakuje mi przez to pewnej klamry, która zamykałaby rozwój tego bohatera.
Archetyp trickstera to najlepszy archetyp.
  • Mówiąc o rozwiązaniach znikąd -  jestem trochę zawiedziona McGuffinem tego filmu. Gdyby Serce Te Fiti rzeczywiście było tylko świecidełkiem, które nie miałoby w rzeczywistości żadnej przydatności - to byłoby super. Mam wielką nadzieję, że właśnie o to twórcom chodziło i taki miał być efekt. Niemniej, przez cały film nam tłuką, że Serce jest w stanie tworzyć życie. Czy nie byłoby super to zobaczyć? Może ktoś powinien wykorzystać serce do złych celów? Albo próbować z niego skorzystać, ale okazałoby się ono zbyt potężne. Albo nawet niech ktoś korzysta mądrze, ale zadecyduje, że lepiej, aby Serce wróciło na swoje miejsce. Babcia Moany jest tu oczywistym wyborem. A gdyby używała ona Serca Te Fiti przez ostatnie kilkanaście lat, aby trzymać zarazę na wodzach? I dopiero kiedy Ciemność stałaby się zbyt silna, a sama Tala zbyt stara, powiedziałaby o wszystkim Moanie, która akurat stała się dość duża, by wyruszyć na morze? Dzięki temu McGuffin nabrałby rzeczywistej wartości i utracenie go miałoby prawdziwe konsekwencje.
  • Tym samym dochodzimy do mojej największej bolączki - ten film jest zbyt krótki. I mówię to, jako osoba chwaląca krótki metraż - bo zmusza to twórców do skupienia się na historii, zamiast wrzucania fillarów. W Moanie jest troszeczkę fillarów - scena z Kakamora, kilka momentów z kurczakiem można by wyciąć bez problemów. Ale generalnie, przy tak bogatym świecie, półtorej godziny to za mało. Wydaje się, że ledwo liznęliśmy tej kultury, mitologii. A wyjątkowo mi się ona spodobała, więc tym bardziej mam ochotę na więcej. Przy dłuższym formacie mielibyśmy też czas na wypełnienie tych okrutnych dziur fabularnych (więc czemu w końcu Maui zawrócił?!).
  • Disney bardzo chce nam dać do zrozumienia, że skończył z bezwolnymi księżniczkami. Że teraz nadszedł czas na silne bohaterki, niekoniecznie błękitnej krwi, które biorą sprawy w swoje ręce, robią fajne rzeczy w scenach pełnych akcji. Patrzcie jacy są postępowi! Problem w tym, że nie ma nic nowego w filmach, gdzie główną bohaterką jest kobieta. Które nie zawierają wątku miłosnego. Nie zrozumcie mnie źle, nadal jest mało takich filmów, witam każdy z otwartymi ramionami. Ale kilkukrotnie film BEZPOŚREDNIO atakuje nas przypomnieniami, że Moana księżniczką nie jest, a przynajmniej nie taką sobie zwyczajną, o! Jakoś nie musieli nam tego tłuc do głów przy Roszpunce (która była księżniczką, owszem, ale też aktywną postacią, robiącą nie-księżniczkowate rzeczy) albo przy Mulan.* Nie poklepuj się po ramieniu, Walt Disney Company, takie historie nie są jakimś oryginalnym odejściem od fabuły - to powinien być standard i tak to traktujmy.
Moana to silna, wysportowana, inteligentna dziewczyna. I film upewni się, że o tym wiecie.
  • Piosenki bardzo mi się podobały. Wydawały się tworzyć spójną całość, zwłaszcza te śpiewane przez Moanę. W całym filmie czerpano garściami z kultury Polinezji - nawet przy obsadzaniu ról - a w muzyce jest to szczególnie widoczne. Uwielbiam kiedy filmy to robią. Nawet jeśli piosenki nie są tak chwytliwe jak w wielu innych produkcjach Disneya (wiecie, że mówię o Krainie Lodu, wszyscy wiecie) to wolę właśnie taką konsekwencję - gdzie muzyka stanowi integralną część opowieści i idealnie stapia się z całą resztą.
Tak generalnie film oceniam dobrze, dziury w fabule i pewną prostotę nadrabia światem przedstawionym i niesamowitym wyglądem. Wszyscy porównują go do Frozen, więc powiem, że jako całość podobał mi się bardziej, chociaż mogę mieć więcej fragmentów w Krainie Lodu, które zapadły mi w pamięć. Trudno rozstrzygnąć, będę musiała poczekać na wydanie Moany na DVD i wtedy rozstrzygnąć.


*Nie uwzględniam tutaj Zwierzogrodu, bo film odbiega od tej typowej dla Disneya, bajkowej formuły.
Share on Google Plus

0 komentarze:

Publikowanie komentarza