Sailor Moon R - czyli odcinki (47-89)

Sailor Moon. Dobry serial, więc oglądam dalej.


Ten sezon składa się z dwóch części. Pierwsza część została dopisana przez autorów serialu, żeby wypełnić czymś czas, dopóki komiks, na którym serial bazuje, nie zostanie wydany. Przy okazji zyskali okazję, aby naprawić kilka błędów (z czego nie zawsze skorzystali) i dorzucić bohaterkom kilka nowych mocy. Potem mamy już arc przeniesiony z samej mangi. 

W pierwszej części sezonu na Ziemię trafia drzewo i podróżująca z nim parka kosmitów. Ponieważ roślina umiera, a wraz z nią zginą jej opiekuni, są zmuszeni do pozyskiwania energii od ludzi.
Znowu.
W takiej sytuacji, nie pozostaje nic innego jak przywrócić Czarodziejkom ich wspomnienia (w finale poprzedniego sezonu zapomniały, że są sailorkami) i pokonać przebrzydłe istoty. A ponieważ owe stworzenia postanawiają się wtopić w tłum i zaczynają uczęszczać do szkoły, mamy okazję pokazać im jak wspaniała jest Ziemia.
Boleśnie oczywiste jest, że ta historia została doklejona, ale nadal - nie jest taka zła. Mamy całkiem solidną ciągłość fabularną i nawet zorientowałam się od razu, kiedy omyłkowo ominęłam jeden z "filarów". Sailorki dostają nowe moce i odcinki tylko dla siebie. I po raz kolejny, złoczyńcy są świetni. Prości jak konstrukcja cepa, ale przechodzą zmianę i całkiem przyjemnie ingerują ze sobą oraz z otoczeniem.

Druga część sezonu zaczyna się dzieckiem spadającym z nieba. Mała nazywana jest Chibiusa. To niebywale irytująca, charakterna dziewczynka, która przybyła z tajemniczą misją. I ściągnęła za sobą towarzystwo, które chce ją zabić. Auć. Cały wątek Chibiusy jest zaskakująco traumatyczny i, nawet jeśli mała jest niesamowicie wkurzająca, nie jestem w stanie z nią nie sympatyzować. Próbuje ją zamordować banda dziwaków! Dobrze, że chociaż są nieudolni. Generalnie mamy trochę powtórkę z rozrywki - zamiast czterech generałów/królów dostajemy cztery siostry. One też się sprzeczają ze sobą i grożą dziecku śmiercią, jednak tym razem udaje się je przeciągnąć na drugą stronę potęgą miłości (again).
Czy nie jest urocza?
A kiedy uda się je przekabacić i ubić ich szefa, okazuje się, że jest jeszcze czwórka innych postaci, spiskujących przeciwko naszym bohaterkom! Podoba mi się ten zabieg, dzięki niemu nie jesteśmy przytłaczani nadmiarem postaci już od samego początku. No i dostajemy dodatkowy element zaskoczenia. Fabuła zawiera też wątek podróży w czasie i, jak zwykle, nie uniknięto wpadki i paradoksu czasowego. Rozumiem dlaczego przenoszenie się w czasie jest atrakcyjne dla scenarzystów i dlaczego zdecydowano się na nie tutaj. Nadal, bardzo trudnoto wyegzekwować, a w przypadku Sailor Moon, nawet nie silono się na uzasadnienia.

W poprzedniej recenzji pisałam, że jestem w stanie przymknąć oko na krótkie spódniczki bohaterek, na to, że mamy romans pomiędzy 14-latką a studentem, a w pewnym momencie też między 14-latką a coś-koło-tysiącletnim pomiotem ciemności. Jednak w Sailor Moon R jest kilka momentów, których wybaczyć nie potrafię. I tak, mamy odcinek w którym zabawny starszy pan zaczepia młode dziewczyny i niebywale go nakręca myśl o ich molestowaniu. Ale to w końcu dziadek jednej z bohaterek, więc traktujemy to jak dowcip - taki śmieszny dziadzio i jego fantazje. Pojawia się też wątek, w którym Chibiusa dostaje ciało dorosłej kobiety - przyspieszone starzenie czy coś. I nasz dorosły bohater jest niezwykle zauroczony tą młodą damą, ma zamiar spędzić z nią resztę życia - nawet jeśli, tam w środku, nadal jest ona w wieku przedszkolnym. Tak.

Obie "części" tego sezonu mają dwa wspólne motywy. Pierwszy jest taki, że wszyscy w kosmosie to bezduszni, spragnieni ludzkiej energii humanoidzi. I tylko Ziemia jest taka pełna miłości, dobra i piękna. Szczerze mówiąc, zawsze jestem na tak, kiedy przedstawia się naszą planetę w ten sposób. Pozytywny przykład działa lepiej niż straszenie, prawda? (ciągle, naiwnie, mam taką nadzieję).
Drugim motywem są pojedyncze odcinki poświęcone Sailorkom (tymi poza Sailor Moon). W poprzedniej odsłonie wyraziłam nadzieję, że postać Minako (Sailor Venus) zostanie lepiej rozwinięta. I rzeczywiście, w tych dwóch odcinkach dostaje swoje pięć minut. Dowiadujemy się, że tęskni za swoją sławą jako Sailor V i trochę zazdrości popularności Sailor Moon. A także o jej opiekuńczości i ambicji. Niestety, w pozostałych odcinkach, te cechy znikają, a rola Minako ogranicza się do rzucania atakami na lewo i prawo. A przecież to ona powinna być przywódczynią Sailorek. A tu, rzadko widujemy ją w wyróżniająco aktywnej roli.
Naprawdę próbuje.
W międzyczasie dostajemy też absolutnie idiotyczny wątek, w którym Mamoro vel. Tuxedo Mask zrywa nagle kontakt z Usagi, bo...  tak. I usprawiedliwienie, które później dostajemy jest naprawdę niewystarczające. Jeśli miała z tego wyniknąć lekcja "Lepiej porozmawiać o swoich problemach" to tutaj jest tak boleśnie oczywista, że ma się ochotę złapać Mamoro za fraki (zamaskowane), zamknąć w pokoju z ukochaną i trzymać tam, aż nie wyjaśnią sobie wszystkiego.

Jest jeszcze kwestia powtarzania w kółko motywu potwora, który pojawia się i wysysa z ludzi energię/robi z nich złyyych ludzi etc. Nawet twórcom zaczyna się to brzydzić, bo dostajemy scenę walki z supermarketowym potworakiem. Nawet Sailor Moon jest zażenowana absurdalnością tej sytuacji. To moja najulubieńsza scena w sezonie.
I już wiesz, że autorom kończą się pomysły.
Poza tym, bez zmian. Nadal jest kiczowato, ale ma to swój urok. Czekam na Sailor Moon S, powinno się pojawić niedługo.
Share on Google Plus

0 komentarze:

Publikowanie komentarza