Jeszcze dzień życia - krótka recenzja

To była długo oczekiwana przeze mnie premiera. Ale w końcu, po tyle latach, Jeszcze dzień życia wylądował w kinach. Chciałabym w tym wpisie nie tylko opisać moje wrażenia z filmu. Chciałabym też odpowiedzieć na pytanie "Czy ten film musiał być animowany"?


Cóż, właściwie najnowsza produkcja od Platige Image (plus kilka innych studiów) jest hybrydą dwóch technik. Biografia Ryszarda Kapuścińskiego - reportera, który szczegółowo opisał swoje śledztwo podczas wojny w Angoli w książce "Jeszcze dzień życia" - za pomocą animacji przedstawia wydarzenia z przeszłości. Płynnie przechodzą one we wstawki nagrane na żywo, te same miejsca i ci sami ludzie, ale po upływie czasu. Zdarzają się też fragmenty prosto z filmowego archiwum oraz zdjęcia wykonane przez samego bohatera. Przyznaję, że trudno było mi się przyzwyczaić do ciągłego przeskakiwania między animacją a rzeczywistością, jednak właśnie ten zabieg "robi" film. Pozwala nam odczuć jak przeszłe wydarzenia mają wpływ na teraźniejszość. Przypominają nam, że to co oglądamy to rekonstrukcja rzeczywistości - miejsca wciąż te same, ludzie nadal bawią się i piją w barach, jak przed laty. To pozwala lepiej wczuć się w sytuację tamtych ludzi.

Jedyne co się zmieniło to technologia i może kilka innych drobiazgów.
A kiedy już jesteśmy w tych animowanych sekwencjach to wyciska się z nich wszystkie możliwości, jakie oferuje to medium. Gwałtowne zmiany kolorów, szybkie ujęcia, 'rozpadająca się' rzeczywistość - zwłaszcza to ostatnie, film uwielbia niszczyć własną scenografię w efektownych, koszmarnych wizjach. Często narzekam na technikę motion capture - która polega na nagrywaniu aktorów przebranych w specjalne stroje, aby potem animować ich już w komputerze. "Bo i po co? Jak już macie aktorów to zróbcie film aktorski." Ale to jak wykorzystuje się je w tej produkcji wytrąca mi ten argument z ręki.

Piękny bałagan.
A jak wypada Jeszcze dzień życia pod względem scenariusza? Chociaż jest to dokument, twórcy umieścili historię w ramach tradycyjnej, trzy-aktowej struktury. Kapuściński jedzie w oko cyklonu, wraca jako inny człowiek, ma do podjęcia decyzje, które mogą - dosłownie - zaważyć o losie wojny i życiu milionów ludzi. W tym sensie nie ma w filmie nic przewrotnego. Biorąc pod uwagę, jednak, szaleństwo formy i tragizm przedstawionych wydarzeń, jest coś kojącego w tej prostej formie. Pozwala ona skupić się na najważniejszym - na bohaterach przewijających się przez opowieść.


Film odpowiada na jeszcze jedno pytanie, które pojawia się przy oglądaniu produkcji historycznych, zwłaszcza takich, które opowiadają o ciężkich czasach. Co możemy zrobić? Wobec tragicznych zdarzeń wielu może się czuć bezradnie. Film ma na to receptę. Nie zdradzę Wam jednak jaką, bo bardzo chcę, żebyście zobaczyli Jeszcze dzień życia sami.

...

Bo, właśnie to jest ta recepta.
Obejrzeć film. Albo przeczytać książkę. Wysłuchać opowieści.
Żeby pamiętać i przekazywać historię. Żeby jak najwięcej ludzi o niej usłyszało i zobaczyło.
Wygadałam się, motyla noga. D:
Nadal, film świetny.

Share on Google Plus

0 komentarze:

Publikowanie komentarza